Ludzka sztuka
W erze rewolucji AI i grafik, które można wygenerować wpisując hasła, na nowo zaczynamy doceniać autentyczność. A gdyby okazało się, że całe piękno projektu tkwi w niedoskonałości? Postanowiłam wytropić dookoła siebie przykłady “ludzkiej sztuki” – przejawów działań twórczych, w których już sam proces powstawania stanowi wartość, bez względu na efekt końcowy. Zadanie okazało się całkiem łatwe – wystarczyło być uważną. Zwrócić uwagę na stoisko z rękodziełem, podążać za dzieckiem, które woła: “mamo, ten kamyk jest pomalowany!”, zachwycić się dekoracjami na szkolnej akademii czy przyjrzeć malarstwu wywieszonemu “na płocie” w turystycznej miejscowości.
Twórcze eksperymentowanie
W pewnym momencie zapragnęłam stworzyć więcej projektów analogowo. Na początku moje ręczne prace wydawały mi się bardziej „amatorskie” niż te cyfrowe, większość podjętych prób trafiła do kosza lub utknęła w szufladzie. Przez chwilę wydawało mi się stratą czasu. Tak jakby bez funkcji forma traciła pole do obrony. Po czasie przyglądam się tym eksperymentom i bardzo je doceniam. Sam akt twórczy i proces jest już wartością samą w sobie. Nasze ręczne działania mogą zaprocentować w zupełnie niespodziewanych momentach, ale są też cenne dla naszego mózgu i kreatywności! No i na koniec – częstsze sięganie po fizyczne media sprawiło, że coraz lepiej umiem je wykorzystać także w zawodowej pracy. Wysiłek był tego warty!
Dziecko-projektant
W grafice od początku pokochałam jej użyteczność i moc komunikacji. To ważna część mnie: potrzeba bycia potrzebną i robienia czegoś dobrego. Gdy kalendarz pęka w szwach, a na mailu czekają maile od klientów – wszystko się zgadza. Ale co zrobić jeżeli myśl: „po co dalej projektuję?” dopadnie na urlopie macierzyńskim? Wzrok pada na pękający w szwach regał książek o projektowaniu, a potem na stos zabawek i pyzatą buźkę rocznego bąbla. Dlaczego wciąż chcę się tym zajmować, nawet po przerwie?
Przyjrzałam się sobie – kiedyś i teraz, w pracy i poza nią. Zorientowałam się, że potrzeba organizowania treści, eksperymentowania z typografią, zapisywania była we mnie już od dziecka. Pisałam “swoimi” literami, poprawiałam album rodzinny, wykorzystywałam najróżniejsze techniki. Próbowałam swoich sił w tworzeniu książek i wydawaniu “gazetki”. Na tych slajdach zobaczycie, że wcale nie przesadzam!
Wróciłam do powodów, dla których zajęłam się grafiką przypominając sobie, że nie były to potrzeby rynku. A potrzeba z wewnątrz. 🙂
O moich zawodowych początkach pisałam także we wpisie o wycenach projektów oraz projektowaniu książek.